Relacje

Wracamy do Alamo City z niczym

17 kwiecień 2018r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Wracamy do Alamo City z niczym

Po rozczarowującym występie w pierwszym meczu serii, Spurs postanowili zrobić wszystko, by wyjechać z Oakland ze zwycięstwem na swym koncie..... Niestety, wracamy z niczym.

Niedawno zastanawiałem się jak bardzo niesprawiedliwy jest los dla drużyny, która grała w zasadzie cały sezon bez swojego lidera, walczyła o jak najwyższe miejsce playoffach, by skończyć na siódmym miejscu i trafić w pierwszej rundzie na aktualnych mistrzów NBA…… Nie wiem czy mógł być gorszy scenariusz. 
Wracając do serii z Dubs – nie jest zaskoczeniem, że wyjeżdżamy z Oakland z bilansem 0:2. Martwi raczej styl w jakim przegrywamy. Nie wiem czy podzielacie moje zdanie, ale gra Spurs nie wygląda dobrze – w pierwszym meczu zostaliśmy zjedzeni niczym tacos, w drugim meczu, pomimo kilku zmian (w tym nastawienia, ale też w ustawieniach), też daliśmy się ograć niczym dzieci. 
Wszyscy wiemy, że Warriors są drużyną, która nie daje szans i jak chce może zniwelować każdą przewagę w zaledwie parę akcji, by potem zmiażdżyć, zgnieść swojego przeciwnika a jego próżne nadzieje wyrzucić do kosza. Tak było tym razem w Bay Area. 
Spurs grali w kratkę, wygrywali, przegrywali, prowadzenie zmieniało się, jednak rozpoczynając czwartą odsłonę mieliśmy ciut nadziei (właściwie nie wiem na co). Warriors przyszli po nas i dali nam łupnia. Nie ma co owijać w bawełnę – nie mamy tego ognia ofensywnego potrzebnego na ujarzmienie Dubs, no nie mamy. Może jakby był Leonard, który zamiast siedzieć z chłopakami na ławce w Oakland, kryje się w NY i jest w zasadzie „done for the rest of the season”. 
Nie macie takiego odczucia, że gramy cztery kolejne mecze będące kontynuacją ubiegłorocznej serii z Warriors (wówczas zakończonej sweepem 0:4). Mamy te same problemy, nie mamy sił, by gonić Warriors, możemy udawać, ale prędzej czy później wychodzi prawda. Nie chcę się tu żalić, nie. 
Martwi mnie gra zawodnikami Popa, który z jednej strony potrafił dziś wystawić Rudy’ego Gay’a zamiast Kyle Andersona w pierwszej piątce, co zdało egzamin (LMA miał więcej miejsca itd.), z drugiej zaś strony, kiedy wynik meczu wisiał na włosku Pop wystawił piątkę z Gasolem i czwórką graczy (Forbes, Parker, Betans, Green), którzy łącznie w tym spotkaniu rzucili siedem punktów. Come on, man. Wystarczyła niespełna minuta, by Warriors sprzątnęli ze stołu. Minuta. Dalej już wszelkie próby powrotu do gry były zbyteczne. Było po meczu.
Warto dodać, że Sprurs zagrali znacznie lepiej niż w meczu numer jeden. Byli agresywni, waleczni, nie popełniali strat (łącznie 9 TO, w tym 7 w drugiej połowie), trafiali wolne (26/29 prób). Jednak to nie wystarczy na Warriors, ani fakt, że LMA rzucił 34 punkty. Ostrogi nie trafiali rzutów za trzy – poczekajcie – 5/28 zza łuku? 
Mam jedno pytanie czy jak wrócimy do Alamo City, to czy starczy nam determinacji, by choć w jednym meczu napędzić stracha drużynie Steve’a Kerra? Chciałbym, wiem przecież, że w Alamo gramy całkiem przyzwoicie (bilans z sezonu 33:8) – jednak mamy playoffy z Warriors i ten bilans może oznaczać NIC.
Trzymam kciuki za Spurs, patrzę optymistycznie, mamy trzy dni odpoczynku, Pop musi spróbować to rozgryźć. Jak nie, to czeka nas piekło i szybkie wakacje.