Relacje

Spurs cierpią w obronie i nikt nie przyjdzie z pomocą

8 luty 2019r. dodane przez Paweł Ostrowski

Spurs cierpią w obronie i nikt nie przyjdzie z pomocą

Spurs zakopali się ze składem, jakim dysponują. W trade deadline standardowo przyzwyczajono nas, że jest spokojnie, nudno i przewidywalnie. Jedyne rozmowy, jakie były prowadzone to rozstanie z Pau Gasolem i rozwiązanie jego wysokiego kontraktu. Jeśli jednak to się nie stało, to na dalszą część sezonu robić tego nie trzeba, bo jeśli nawet będzie ktoś ciekawy z rynku buyoutów, można zwolnić kogoś innego a Pau już dokończy sezon w San Antonio. Ale to zakopanie się ze składem oznacza, że Pop nie zmieni strategii graniem takim samym składem wysokich graczy do końca sezonu, a oznacza to, że będziemy jedną z najgorszych obron w NBA.

Po stracie 127 punktów z Sacramento, następnie 140 z Golden State, teraz znów tracimy 127 punktów.

To jakaś katastrofa. Pisałem już raz podczas tego sezonu, że nie da się takiej koszykówki oglądać. Takich Spurs. Będąc zawsze jedną z elitarnych obron, nie ma nas nawet blisko TOP15 obron tej ligi.

Fajerwerki, TNT, wybuch Rudy'ego Gaya w trzeciej kwarcie ale to kolejna bolesna wtopa i brak zwycięstwa w Rodeo Trip. 

Ta seria porażek nie jest wynikem kontuzji, złego przypadkowego meczu. Ok, mecz z Warriors jest do zapomnienia. Kim mieliśmy się tam przeciwstawić? Jakobem Poeltlem?

Chciałbym to wszystko zwalić na kontuzję Derricka White ale 127 punktów z Kings i Trail Blazers nie bierze się tylko z jego absencji. Zresztą, Spurs przez lata wyrobili sobie łatkę tych, którzy potrafią zatuszować brak jednego zawodnika kolejnym, wynalezionym z ławki. Przypominam, że Trail Blazers, którzy tej nocy nam zasadzili 127 punktów w ostatnim swoim meczu ligowym przegrali 108-118 właśnie w Moda Center.

SAN ANTONIO 118, PORTLAND 127

Portland poza Moe Harklessem kosili nas każdym starterem. Najbardziej oczywiście Nurkic, mający w meczu 6 asyst, w tym kilka naprawdę słodkich podań do ścinających skrzydłowych, Damian Lillard nie trafił żadnej trójki, był 0-7 ale mimo tego skończył mecz 10-20 z gry i miał 24 punkty, a 7 trójek miał za to jego kompan CJ McCollum i 30 punktów. Ten effort jest jeszcze lepszy, jeśli taki McCollum jest najlepszym zbierającym swojej drużyny, mając 9 zbiórek. Orgia.

Można powiedzieć, że to tylko jedna zła kwarta. W drugiej części Spurs zdobyli tylko 23 punkty a rywale mieli ich 39, mając świetny debiut od Rodney'a Hooda, na 6-7 z gry i 14 punktów, ale też ich dwójka białych wysokich z ławki czyli Jake Layman i Meyers Leonard to dwaj rycerze na białym koniu. 

Rudy Gay w trzeciej kwarcie był szalony, po prostu nie mógł spudłować. Trafiał z dystansu na zawołanie, przestawiał ludzi na pompkach i podczas tego runu, miało się wrażenie, że to Kawhi Leonard, tylko bez dredów. Nie wiem czy po kontuzji kiedykolwiek ustabilizuje swoją formę na tyle, by być najlepszym graczem drużyny w Playoffach ale jest wyższy niż większość zawodników na swojej pozycji i czuje grę.

DeMar DeRozan też mecz niczego sobie, ba, płynął wraz z DeRozanem na 35 punktów w meczu, ale ani jeden ani drugi występ nie dał Spurs zwycięstwa.

Jasne, był powrót z -19 ale ta drużyna nie ma prawa osiągać wyników na twardym Zachodzie bez obrony. A tak to niestety wygląda. Gramy bez obrony, ludzie nas się nie boją.

Jutro o 23 polskiego czasu mecz z Jazz. Już się boję.