Relacje

Rzut na zwycięstwo Leonarda, Wizards znów na deskach

3 grudzień 2016r. dodane przez Paweł Ostrowski

Rzut na zwycięstwo Leonarda, Wizards znów na deskach

San Antonio zaczęli tak, jakby chcieli być na minusie pierwszy raz od X lat na minusie w meczach domowych. Końcówka jednak należała do nich i pomimo zupełnie innego, lepszego meczu Wizards względem tego sprzed ostatnich dni, polegli w AT&T Center.

WASHINGTON 105, SAN ANTONIO 107

Drugi najstarszy zawodnik grający na parkietach NBA, Manu Ginobili jest właśnie w swoim 15tym sezonie. Pamiętając, że przed tym jak tu się znalazł grał siedem lat na parkietach najpierw argentyńskich, następnie europejskich, jego limitowanie minut w tych ostatnich kilku sezonach jest zrozumiałe.

Wydłużenie kariery - tak Aldridge argumentował swój wybór kiedy rok temu we free agency zdecydował, że chce grać w San Antonio. Dziś, czyt. ponad rok od tych wydarzeń Manu Ginobili jest ojcem tych małych i większych sukcesów drużyny.

Pamiętając, że takim ojcem był kiedyś Tim Duncan, Manu Ginobili w wieczór, gdzie nie było także innego weterana (Tony Parker dostał od Popa wolne), wział grę na swoje barki i był liderem, ciągnącym grę i trzymającym wynik na styku. Prawdopodbnie bez niego byłby ten mecz przegrany, nie skłamię tak pisząc.

Manu po prostu nie wie jak odpuszczać na parkiecie. W pierwszej połowie był tym, który głownie kradł piłki i zamieniał je na punkty w ostatnich sekundach pierwszej i drugiej kwarty, zbliżając Spurs do rywala. Tak tak, Wizards za sprawą aktywnie grającego Gortata opanowali deski, współgrając z Wallem a do tego mieli z energią biegającego Bradley Beala, który ładował każdą otwartą trójkę.

Czasami nawet tak biednie wyglądał atak San Antonio (oddaj to co dobre biegającym z energią rywalom

To w trzeciej kwarcie Spurs ruszyli do odrabiania strat i zatrzymali Wizards ledwie na 14 punktach. Przeciw wszystkim szansom, to Spurs byli na prowadzeniu 80-74 po 36 minutach.

Spurs jednak w tym sezonie czasem błagają by ich karać. Ich obrona sama to robi a dodając straty. Najpierw serie 0-7 a potem 0-6 nie pozwalały w pełni kontrolować przebiegu wydarzeń. 

To co uratowało wieczór to:

1) celne rzuty w końcówce Patty Millsa

2) potężny putback Davida Lee

3) po timeoucie, Spurs ładnie poruszali piłką po obwodzie aż ta znalazła Danny'ego Greena, który wpakował swój pierwszy i jedyny rzut z dystansu na prowadzenie 105-103 na 19s przed końcem

4) Kawhi Leonard bez zastanowienia wychodząc po piłkę od razu wybił się w górę i trafił piękny, kontestowany rzut.

Nie, nie ma nic tu o obronie. Pomiędzy każdym punktem Wizards odpowiadali. W końcówce ten mecz był elektryzujący dla fanów i całe szczęście chociaż zakończył się zwycięstwem.

Ważnym? Scott Brooks trochę panikuje o swój stołek bo trzyma starterów >30 minut.

Spurs trochę cierpieli w ataku bez Tony Parkera a jedynym potrafiącym go zastąpić jest Manu Ginobili, tylko wszyscy wiedzą, że nie może w pełni pokryć jego mnut. Nie mam nic do Nico ale do prowadzenia zespołu jak robi to Francuz to mu po prostu jak stąd do Barcelony.

To już 16-4 po 20 meczach i drugie miejsce w konferencji zachodniej. Spurs ewoluują, ale w jaką stronę?