Relacje

Rodeo Trip rozpoczęte od porażki w Memphis

7 luty 2017r. dodane przez Paweł Ostrowski

Rodeo Trip rozpoczęte od porażki w Memphis

I to takiej w mocno złym stylu. Dla niektórych weteranów Spurs jak Tony Parker czy Manu Ginobili coroczne Rodeo Trip grane od 2003 roku to chleb powszedni, ale w tym roku jest wielu młodych zawodników i dla nich bycie poza domem trzy tygodnie to będzie coś absolutnie nowego i spajającego. Dobry humor był do pierwszego meczu - szybko okazało się, że nawet dobry bilans z poprzednich lat (rekord ponad 70% wygranych w Rodeo Trip) nie będzie miał tu zastosowania jeżeli San Antonio odpowiednio nie powalczą.

SAN ANTONIO 74, MEMPHIS 89

Spurs jeszcze przed meczem ogłosili, że nie będą ryzykować lekkiej kontuzji uda jakiej nabawił się Kawhi Leonard jeszcze w meczu z Thunder więc Gregg Popovich zdecydował się na zabieg zapchania składu Jonathonem Simmonsem. Już pierwsza lampka czerwona mi się zaświeciła w głowie bo już takie wynalazki były i Simmons w tych meczach nie istniał. 

Druga sprawa - byliśmy nadal w meczu bez Pau Gasola tymczasem Memphis nie mieli żadnego zawodnika na liście injuries, doubtful, nawet inactive. 

Może to jest powód dla którego w tamtym roku zesweepowaliśmy ich 4-0 najpierw w sezonie regularnym a potem w Playoffach, a teraz Miśki nas po prostu pożarły?

W każdym bądź razie Spurs nie mogli znaleźć żadnego zawodnika, który byłby w stanie zapewnić punkty w noc bez Leonarda. Pierwsza piątka nie miała shooterów (uzupełniał ją Dedmon na pozycji centra by spróbować sił z Gasolem), dużo piłek szło do drugiego gwiazdora, LaMarcusa Aldridge'a do pomalowanego, było dość przewidywalnie.

Ani Simmons ani Dedmon nie byli w stanie zrobić różnicy w meczu i ich minuty były bardzo blade. Wspomniany Aldridge nie trafiał większośći rzutów, nawet tych otwartych męcząc się z obrońcami Grizzlies, często nawet dając sobie wybić piłkę, albo tak jak w ostantiej kwarcie dwukrotnie (i to raz w szybkim ataku) dał się zablokować najstarszemu zawodnikowi ligi, Vince Carterowi. 

Już nie All-Star (pierwszy raz od kilku lat niewybrany do Meczu Gwiazd) Aldridge ma problem ze stawianiem na wysokości zadania jeżeli jest ustawiany w pozycji 'głowy węża'. Przy boku Leonarda jest całkiem dopasowanym puzlem w układance.

I tak oto Gregg Popovich próbował ruszyć coś drużynę. Po pierwszej kwarcie w krótkim komunikacie oznajmił:

WAKE THE HELL UP

Bo w obronie pick&rolli grany był syf jakich mało w tym sezonie. Patty Mills miał także martwy mecz, nie trafiając otwartych rzutów i nawet decydując się na złe podania. 

I może byłoby co zbierać, gdyby trochę dłużej w meczu grał David Lee - twardy dziś, jeden z lepszych na atakowanej stronie (6/6 z gry) ale był z kolei za słaby na bigmanów gospodarzy. Z poziomu scorebordu także dobrze wyglądał występ Manu Ginobiliego (minut tyle samo co Lee - 17) i jego 12 punktów z ławki, ale prócz dwóćh trójek pod rząd, Spurs nie mieli tych trójek od nikogo poza Greenem (człowiek niewykorzystanych szans). To było 4-19 z dystansu.

Szacunek dla Davida Fizdale'a za uporządkowanie składu Miśków, grę Gasola (dziś 15 punktów i 8 zbiórek) i atletycznego freaka JaMychala Greena (tak, to ten sam co go wypuściliśmy z rosteru) zamiennie z Zachem Randolphem i Brandanem Wrightem. Obrona pomalowanego gospodarzy była jak pole minowe dla San Antonio Spurs. Grizzlies nie walili z dystansu - właściwie to byli słabi jak my (ledwie 4 na 19) ale 11 bloków w meczu, w tym 6 w czwartej kawrcie i pozwolić Spurs zdobyć tylko 9 punktów w ostatnie 12 minut?

Serio?

Przerwana seria 29 meczy pod rząd z dorobkiem co najmniej 100 punktów z przodu.

I to w sumie tylko jedna porażka w sezonie regularnym.