Relacje

Przerwana seria porażek, ale na jak długo?

19 listopad 2018r. dodane przez Paweł Ostrowski

Przerwana seria porażek, ale na jak długo?

Tak, w tej sytuacji ze zdjęcia był faul. Kevin Durant nie dostał kilku, dwóch na pewno, gwizdków kiedy kontakt z nim miał Rudy Gay, broniący go przez całe spotkanie. I tak, pokonaliśmy aktualnych mistrzów NBA. Ale, niech to będzie tylko ładny nagłówek.

GOLDEN STATE 92, SAN ANTONIO 104

Warriors w trzymeczowej serii po Teksasie zostali zesweepowani.

Przegrali każdy mecz, w piątek z Rockets, w niedzielę z Mavs i dziś w poniedziałek ulegli w AT&T Center. I w sumie przestali być faworytem wg bookies właśnie w tym meczu ze Spurs.

Ale to bylo słuszne zagranie Vegas.

Dla drużyny Steve'a Kerra ten mecz był back-to-backiem, trzecim meczem w cztery dni, szóstym w ostatnich dziewięciu dniach. Nie mają Stephena Curry'ego leczącego kontuzję od 9 listopada z Milwaukee. Odsunięty od gry jest Draymond Green, który wszedł w największe starcie od trzech lat wspólnej gry z Durantem, które po sezonie będziemy mogli nazywać 'powodem' odejścia Duranta i być może rozbicia dynasti Warriors.

Jest druga część listopada a dla Warriors ten sezon po three-peat będzie się ciągnął w nieskonczoność. Czytając książkę i Phila Jacksona i biografię Kobego Bryanta ten trzeci sezon po mistrzowski pierścień, kiedy już zdobyłeś dwa pod rząd, jest najtrudniejszy. I najnudniejszy. I ludzie się wypalają.

Real Madryt zdobył Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu. 

Ale na czwarty już Zidane się wypisał, Ronaldo odszedł i w Madrycie walczą o TOP4 w La Liga.

Ok, za dużo już o Warriors.

No dobra, jeszcze jedno zdanie - nie meili autentycznie kim grać w takim meczu. Mimo tego, że Spurs dali się wpędzić w ich pułapkę w czwartej kwarcie - kiedy nagle GSW wrócili na tylko jeden punkt straty, 90-91 na 3:38 przed końcem meczu, to to był tylko właśnie - moment. 

W pierwszej kwarcie zdobywali punkty niemalże tylko z pomalowanego, a liderzy w rzutach za 3 w całej NBA (jeszcze ponad 40%) teraz tylko trafili 5 z 26 prób. Aż 8 z nich było autorstwa Duranta, który trafił tylko jedną z nich i wyraźnie mu nie siedzi, brak mu swobody i oddaje rzuty pod większą presją, ale aż 26 rzutów pochodzilo z autorstwa Klaya Thompsona. I ten też jest zmęczony, bo uzbierał z nich ledwie 25 minut. Obaj panowie grali odpowiednio 37 i 38 minut. Byli jedynymi graczami z pierwszej piątki. Nie było już żadnego all-stara ani na ławce, ani tym bardziej w piątce. Jerebko, Looney i Igoudala - pierwsza piątka jeszcze dość dość mogłą wyglądać. Ale Bell, Jones, Cook, Evans, Lee, Livingston - o mamo. Głębi tu nie ma.

Spurs właściwie mieli swoje zadanie w tym meczu - wygrać i nie skompromitować się jak ostatnio, nie zejść poniżej .500. Wrócili do domu, mieli 2 dni przerwy. 

LaMarcus Aldridge po serii słabszych meczy musiał zdominować - musiał, bo na tablicach dla Spurs nikt inny nie mógł grać (kontuzja Gasola), Poeltl 8 minut, 48 minut gry jednym wysokim, ale też Steve Kerr nie miał kogo wystawić na przeciw niego w swoim zespole - bawił się w meczu na 24 punkty (efektywne z 16 rzutów), miał 18 zbiórek, 6 w ofensywie oraz rozdał 3 asysty. To jest piękna linijka i powrót do królowania zespołem. DeRozan grał także 40 minut i Pop chciał bardzo mocno, nie patrząc na minuty, po prostu mecz trzeba było wygrać.

Trzecim strzelcem dla naszego zespołu był wyrastający na lidera naszych skrzydeł - Rudy Gay - closer na koniec kwart, go to guy w nieudanych akcjach. Zaczął mecz od 5-5 z gry, 12 punktów, skończył mecz mając ich 19, bronił Duranta w długich fragmentach i tak jak napisałem na początku, kilku gwizdków uniknął, odpowiedzią na niego nie jest - ale jest najlepszym co na niego mamy.

Przed Spurs dzisiaj ciężki mecz- ciężki bo znów poza własną halą, bo z rywalem niewygodnym (Pelicans), bo grany dzień po dniu, bo Aldridge grający 40 minut z Warriors może nawet nie być blisko tak dobrej dyspozycji przeciwko AD. A tam też wjeżdza pod kosz Julius Randle. 

Dobrego poniedziałku.