Artykuły

Pożegnanie z Timem Duncanem

13 lipiec 2016r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Pożegnanie z Timem Duncanem

Tim Duncan podjął przedwczoraj ostateczną decyzję o odwieszeniu koszykarskich butów na kołek po 19 sezonach gry w San Antonio Spurs.

Wszyscy spodziewaliśmy się, że kiedyś taka decyzja zapadnie, lecz nikt z nas nie wierzył, że może to być już właśnie teraz, w te wakacje.

Oszukiwaliśmy się, że przecież Tim się z nikim nie pożegnał, ba, nie zrobił niczego, co by mogło wskazywać, że zakończony przed niespełna miesiącem sezon był jego ostatnim tańcem. Po prostu grał w kosza, chciał wygrać i tyle. Był Timem Duncanem.

Właśnie. Nawet ogłoszenie decyzji przez Tima było do bólu „duncanowskie” – bez żadnych konferencji prasowych, listów, płaczów przed kamerami, wywiadów itp.

Nigdy nie zapomnę, jak mój kumpel z podstawówki w rozmowie w cztery oczy prosił mnie, bym się zupełnie nie przejmował kontuzją Davida Robinsona i straconym sezonem 96/97. Obiecał mi wówczas, że idzie nowe i, że Spurs staną się lada dzień zupełnie innym zespołem. Muszą tylko w drafcie wybrać Tima Duncana. Skąd on to wiedział?

Pamiętam jeden numer Magic Basketballa, w którym był zamieszczony artykuł o Timie – jego życiu, grze w Wake Forest, drodze do NBA (zresztą, mam go do dziś i traktuję niczym relikwię). Wówczas mogłem sobie jedynie wyobrażać jak gra Tim, czekałem na skróty meczów na niemieckim DSFie, cokolwiek i gdziekolwiek, tylko, by zobaczyć Tima w akcji.

Chłopaki z mojego osiedla (łódzki Widzew) nabijali się ze mnie, że uwielbiam Spursów i Tima Duncana, że nigdy nie zobaczę Timmiego w Top 10 czy highlightach, bo „nie potrafi grać efektownie”. Zawsze miałem na te bzdury ciętą ripostę – „okej, może nie potrafi grać efektownie, ale spójrzcie na jego statystyki”.

Uwielbiałem relację Tima z Davidem Robinsonem. Admirał był dla Duncana niczym ojciec, wielki mentor, który przekazał młodszemu koledze całą swoją wiedzę i doświadczenie. Czyż nie było to symboliczne – te dwa Tytuły Tima i Davida w 1999 i 2003 r.? Koniec starej i początek nowej ery.

Za co najbardziej ceniłem Tima? Z pewnością za jego skromność i to, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał swoją drużynę. Potrafił wykręcić kapitalne statystyki bliskie quadruple double, by w wywiadzie pomeczowym przypisać całą zasługę swoim kolegom.

Kochałem Tima za jego wielki szacunek, jakim darzył wszystkich swoich przeciwników, za jego nienaganną dyscyplinę pracy.

Był graczem z innego świata. Nierzadko miałem wrażenie, że w jego żyłach płynie krew największych graczy tej dyscypliny. Zawsze, gdy obejmował pieszczotliwie piłkę przed podrzutem sędziowskim, zdawało mi się, że nawiązywał jakiś paranormalny kontakt z duchami koszykówki. Prawdziwie magiczny moment.

Tim Duncan stworzył Dynastię Spurs. Wszyscy czuliśmy się członkami tej wielkiej teksańskiej rodziny. Jak jest to możliwe, by osoba na pozór introwertyczna, tak skupiała ludzi?

Wspomnień z Timem mam setki. Przypominam sobie, jak po finałach 2014 r. dzieciaki Tima płakały na kolanach tatusia. Jak bardzo musiało mu zależeć na tamtym Mistrzostwie, na odegraniu się za porażkę rok wcześniej?

Tim pojechał także na wizytę do Baracka Obamy w swojej klasycznej koszuli w kratę. Cały Tim.

Dziękuję Ci za wszystko, Tim.