Relacje

Nie taki straszny Wilk ...

22 marzec 2017r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Nie taki straszny Wilk ...

Spurs pokonali Wolves na wyjeździe 100:93 i zrobili to w swój typowy sposób - grając słabą koszykówkę na początku spotkania, by w drugiej połowie rozłożyć rywala na łopatki.

Spurs : The Pups 100:93

To nie pierwszy raz, gdy Spurs zaliczają falstart w tym sezonie grając z potencjalnie słabszymi rywalami. Oczywiste jest, że żadna drużyna nie miewa permanentnie dobrej formy, lecz Ostrogi bawią się naszymi emocjami nazbyt często. 
 
W meczu przeciwko Minny mieliśmy zrobić swoje, tj. nie zmęczyć się, łatwo wygrać i wrócić do Alamo City na całe cztery spotkania (gwoli przypomnienia jakże ważne spotkania). Niestety, Spurs mieli inne plany na ten wieczór. Brak skuteczności i koncentracji skutkuje tylko i wyłącznie problemami. Dobrze, że graliśmy z Wilkami AD 2017 a nie 2018 czy 2019, bo nie byłoby już tak fajnie i kolorowo. Ta młodość Wolves i ta ich niespożyta energia to coś pięknego, rzecz warta pozazdroszczenia (także fani Wolves, zazdroszczę Wam diabelnie). Mam nadzieję, że kwestie zdrowotne nie pokrzyżują planów Pupps i, że w końcu zobaczę ich w playoffs. 
 
Wracając do meczu to pierwsza połowa w wykonaniu Spurs wyglądała bardzo słabo – rzuty nie wpadały, mieliśmy problemy z grą w ogóle (nie, że np. tylko w obronie, nie). Pupps dostali szansę i wykorzystali ją jak tylko mogli najlepiej – wyszli nawet na 10 punktów przewagi – bodajże 40:30). Co więcej, opanowali umysł Kawhiego, który rzucił ledwie dwa punkty w pierwszych 24 minutach meczu. Pop musiał być na jakimś prozaku, bo w sumie był spokojny. Jednakże musiało być coś na rzeczy, gdyż Spurs długo rozmawiali w przerwie meczu (wyszli na parkiet dopiero na minutę przed trzecią kwartą plus minus). Ostra reprymenda, wylew wściekłości czy może wywody nad wyraz spokojnego Popa podziałały jak lekarstwo na Spurs. W drugiej połowie mieliśmy na parkiecie w Minneapolis inną drużynę grającą przeciwko innej drużynie – zupełnie inny mecz. Spurs wyszli agresywni i przyświecał im jeden cel – wygrać ten cholerny mecz. Kawhi robił, co mógł. LMA grał także swoje, Pop dał minuty Gasolowi zamiast Dedmona (który gra ostatnio piach – to ma być motywacja do pracy, Dedmon – rzekł Pop). 
 
Leo rzucił 20 ze swoich 22 punktów w drugiej połowie, w tym trafiając bardzo ważny kosz w samej końcówce meczu. Warto podkreślić, że Spurs nie wygrali tego spotkania ot tak. Wolves byli tuż, tuż i gdyby nie szybka rekonwalescencja KAWAHI po trąceniu go w samo oko przez Gorgui Dienga, to już sam nie wiem, jak by się to wszystko skończyło (co za okropne zdanie, przepraszam). Spurs prowadzili 88:80, ale to Wolves pokazali charyzmę i nie dość, że odrobili straty, to jeszcze wyszli na prowadzenie (92:93). Kawhi wrócił szybko i równie szybko odwrócił przebieg gry (przyczynek do tytułu MVP?), jednak to nie on dziś na mnie zrobił najlepsze wrażenie. Tak, to byli młodzi Wolves – KAT (25 punktów), Andrew Wiggins (22 oczka) oraz Shabazz Muhammad (16 oczek w drugiej kwarcie). To istne szaleństwo.
 
LMA rzucił aż 26 punktów i ta afera z jego problemami sercowymi wpłynęła na stabilizację jego formy. 
David Lee dziś nie zagrał – opuchnięta kostka – ma powrócić na mecz z Grizzlies. 
Spurs są 2,5 meczu za Warriors. Nie sądzę, by to był jakiś cel – Spurs będą grać Spurs ball i tyle.