Relacje

Najniższe w sezonie 86 punktów i koszmarny mecz w rewanżu Grizzlies

10 styczeń 2019r. dodane przez Paweł Ostrowski

Najniższe w sezonie 86 punktów i koszmarny mecz w rewanżu Grizzlies

Pięć zwycięstw z rzędu Spurs. Sześć porażek pod rząd Grizzlies. Obie serie zostały zakończone tej nocy - w rewanżu sprzed kilku dni Memphis od początku uprzykrzało życie ofensywie Gregga Popovicha, który być może sam zawinił kombinując z wystawieniem raz jeszcze dwóch wysokich Poeltla z Aldridgem, po tym jak Rudy Gay nie mógł zagrać w meczu (kontuzja nadgarstka).

SAN ANTONIO 86, MEMPHIS 96

Gregg Popovich użył dziś znów duetu LMA/Jakob Poeltl od pierwszej akcji meczu. To trochę na przekór dotychczasowym wynikom i dotychczasowym osiągnięciom, ale w teorii plan był niezły - gracze z Memphis dysponują wzrostem i sami grają na dwóch mocniejszych graczy pod koszem, choć i jeden Marc Gasol (3/5 za 3) i drugi Jackson Jr (2/5 za 3) grozili rzutem z dystansu. Do tego wzrost byłego gracza Ostróg - Kyle Andersona (3 bloki w meczu) i Garretta Templa (bronił od początku Derricka White'a) i w końcu występ Mike'a Conley'a, choć nieskutecznego na potęgę - bez trójki celnej w meczu - to sama jego gra z Marciem Gasolem od zawsze ciągnęła tą drużynę i tylko przy występach ich obu Grizzlies nie szli w tankowanie.

Takie ustawienie dwójki wysokich u Spurs nie przyniosło efektów. Trener uważał, że po początkowych slabych pierwszych minutach (tylko 5 punktów w 6 minut pierwszej kwarty) drużyna sama sobie poradzi i znajdzie rozwiązanie, natomiast dopiero wejście szybciej grających zmienników poruszyło ofensywę - Belinelli i Bertans, oraz wcześniej Patty Mills. Na 18 punktów w pierwszej kwarcie 11 pochodziło od zmienników, DeMar DeRozan trafił tylko jeden rzut a przy reszcie nie miał miejsca do wejść pod kosz. Kultura gry? Znikoma, ale z obu stron - wiele strat i wiele chaosu, jakoś przetrwaliśmy przegrywając tylko -4.

I jak się wydawało, że gorzej już być nie może, że zaraz otrząśnie się DeMar czy LMA, że po krótkiej przerwie Spurs znajdą odpowiedź przyszła jeszcze gorsza druga kwarta a w niej jedynie 13 punktów. Zaczęło się od 6-0 gospodarzy i ucieczki na +10, Derrick White, który częściej grał jako PG miał problemy z faulami, Spurs z grą przestrzenną no i nasz lider raz po raz przy wjazdach pod kosz musiał odgrywać bo miał przed sobą większych graczy, zakończyło się to już jego trzema stratami do przerwy i tylko 3-11 z gry. Głębia Spurs została jeszcze bardziej wystawiona na próbę, gdy Bertans w trzeciej kwarcie złapał drugie przewinienie techniczne i wyleciał z boiska po raz pierwszy w swojej karierze.

To była po prostu jedna z tych fatalnych nocy, gdzie podrywy Bryna Forbesa akcją 3+1 na odrobienie do -6 punktów czy sam obiecujący początek czwartej kwarty (trójka Marco Belinelliego na -5) dawały tylko nadzieję, że Miśki zostaną zatrzymanę, że w chwilę nieuwagi stracą swoje prowadzenie. 

Jedyny duet jaki w miarę pracował to Gasol/Aldridge u nas, ale lepiej pracował duet Conley/Gasol u gospodarzy, zwłaszcza po grze tego drugiego, który prowadził Grizzlies do cennej wygranej. Nie spanikowali, potrzebowali tej wygranej i odparli ciosy Spurs.

Choć te nie były dziś mocne...

LMA dostawał się na linię ale jako cały zespół Spurs spudłowali 8 z 23 takich rzutów. Grizzlies byli do pokonania.