Relacje

Manu wciąż TO ma. Hornets przegrywają.

15 styczeń 2015r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Manu wciąż TO ma. Hornets przegrywają.

Ehhh ten Manuel. Gdyby Argentyńczyk tak grał co wieczór, to dziś nie przejmowalibyśmy się niczym. Zastanawialibyśmy się nad pięknem dnia powszedniego oraz brakiem śniegu w styczniu, zapewne. Niestety jest zgoła inaczej, bowiem gra Spurs swoją przyprawia nas o ból głowy i stany depresyjne (zresztą jak co rok o tej porze).

Spurs wygrali z Charlotte Bobcats, przepraszam Hornets 98:93 w Time Warner Cable Arena mieszczącej się w przepięknej North Carolinie, stanie Michaela Jordana i MONstarz. 

To była ciężka przeprawa, bowiem nie mieliśmy do czynienia z Rysiami pod ochroną, lecz ze wściekłymi Szerszeniami, które potrafią użądlić. Inaczej, Spurs przerwali wyścig Hornets po 8. miejsce w Konferencji Wschodniej udokumentowany 5 wygranymi z rzędu. 

KOWBOJE Z TEKSASU : SZERSZENIE JORDANA 98:93 

To był wieczór Manu Ginobiliego, który rzucił aż 27 punktów (10/14 z gry) w przeciągu zaledwie 24 minut gry wchodząc z ławki i dając wielki zastrzyk energii niepewnym siebie Ostrogom. 

Ginobili show zaczął się już w pierwszej kwarcie, w której podpalił parkiet pozwalając na swobodne objęcie prowadzenia przez Spurs (piszę tu o części kwarty, w której Ostrogi dały klapsa Szerszeniom 17:4, w tym run 7:0). 

W zasadzie Hornets utrzymywali się w grze, bowiem mieli w składzie naprawdę kapitalnie grającego Kemba Walker'a (w całym meczu rzucił 28 punktów, lecz z 24 rzutów). 

Spurs nie potrafili znaleźć na niego odpowiedzi. Był, podobnie jak Manu, nie do zatrzymania.

Recap z tego meczu powinien opierać się tylko i wyłącznie na analizie gry tych dwóch gosci: Manuela i Kemba Walkera. 

Pierwszy z nich wrócił do korzeni sprzed roku, kiedy ratował Spurs wyciągając ich z najgorszego łajna.

Drugi zaś ciągnie zespół Michalela Jordana w stronę playoffów, uśmierzając odczucie rozczarowania tegorocznym sezonem Szerszeni.

W drugiej kwarcie Spurs wystrzelili na orbitę i w pewnym jej momencie wyszli na 16. punktowe prowadzenie po paru trójkach D-Greena z rzędu (Green jednak nie potrafi sam sobie wykreować rzutu).

By zrobić dobrze wszystkim fanom Spurs, dodam, że Ostrogi w tej kwarcie rzuciły aż 35 punktów i można było przeżyć dawno nieodczuwalną ulgę.

Spurs do połowy wygrywali z Hornets 57:45.

Szerszenie jednak nie odkładali swych żądeł. W trzeciej odsłonie odorbili straty do zaledwie 6 oczek, jednak nie potrafili zapobiec wejściu na parkiet Manuala Ginobiliego, który zrobił swoje i po raz kolejny (chyba już setny) wyciągnął Spurs znad przepaści (rzuty z daleka, akrobatyczne wejścia - tak, to wszystko miało miejsce).

W ostatniej kwarcie Spurs znów przysnęli, a Hornets zbliżyli się na bardzo niebezpieczną odległość jednego punktu (86:85) na 4 minuty do końca zawodów.

Na szczęście dla nas był Manu, który zapobiegł wykrwawieniu się Ostróg i kolejnemu dramatu w czterech aktach, rzucając pierw bank shota nad rękami Szerszeni (jakkolwiek to brzmi), dalej bardzo ważną trójkę, sekundy później asystując w akcji pick and roll z Tiago Splitterem.

Po tej sekwencji Spurs wyszli na bezpieczne prowadzenie (93:85), którego już nie oddali do końca meczu.

Szerszeniom nie pozostało już nic oprócz próby wyciągnięcia zwycięstwa poprzez szybkie faule i odsyłąnie Spurs na linię rzutów wolnych. Dzisiejszy mecz jednak nie był kopią dramatu z Detroit, gdyż Ostrogi trafiły ostatnie 6/8 rzutów z linii pomocu społecznej w ostatnich 25 sekundach meczu biorąc wygraną do Alamo City.

Byłbym egoistą i ślepcem, gdybym nie napisał o kompanach Manuela - Tim Duncan znów zrobił double double (14 oczek, 10 zbiórek), a D-Green rzucił 18 punktów (3/7 za trzy).

Tony Parker ma problemy z powrotem do akcji po kontuzji (10 punktów, 5/12 z gry). Jednak gdy Francuz jest na prakiecie Spurs są zespołem innego kalibra. Parker penetruje pomalowane z taką łatwością samemu zdobywając punkty lub otwierając drogę kolegom stojącym bespośrednio w trumnie czy wolnym strzelcom obwodowym. 

Dodam jeszcze słowo o eksperymencie Daye'u, który dziś znów zawiódł. Pop wystawił Austina do pierwszej piętki, lecz szybko musiał salwować sie zmianą (Austin grał w sumie 6 minut - 2 punkty). SaturDAYE albo What a DAYE nie zdarza się zbyt często.

Matt Bonner dostał dziś aż 29 minut gry, by przekonać nas o swojej wartości. Nie do końca mu to wyszło, jednak rzucił te swoje 2/3 za trzy, a w całym meczu 8 oczek dodając 8 zbiórek i uwaga, uwaga 4 bloki. Bonner, klasyczny Bonner.

GO SPURS GO!!!

Fotografia: Kent Smith/NBAE via Getty Images