Relacje

Bez Leonarda, bez szans.

17 maj 2017r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Bez Leonarda, bez szans.

Spurs grając bez swojego najlepszego playera (dzięki, Zaza) - Kawhi Leonarda - zostali rozjechani przez wesołych hipisów z Oakland 100:136, zgodnie z przewidywaniami.

Z pewnością fani Warriors są zachwyceni. Blow out na tak zacnym rywalu jest spełnieniem marzeń. Ba, przy stanie 2:0 nawet kolejne mecze w Alamo City wydają się tylko formalnością, zwłaszcza, że w przeciwnej drużynie nie gra i możliwe, że nie będzie grał najlepszy zawodnik - Kawhi Leonard, który nie zdążył jeszcze się wykurować z kontuzji kostki a już musiał zejść z boiska na skutek odnowienia tego samego urazu. Co-za-pech.

NIe ma co się rozpisywać o tym meczu. Pop grał w koszykówkę przez pierwsze parę minut tego spotkania, a gdy zorientował się, że nie będzie cudu w Oakland, odpuścił. Warriors zaatakowali pierwsi i to ze zmożoną siłą. Spurs nie mieli szans ich powstrzymać. W dodatku dziś "nie siedziało". Pierwsza odsłona wyszła Ostrogom strasznie - przegrali ją 16:33 trafiając zaledwie 6/26 z gry. Te 16 oczek Spurs było tylko o jeden punkt więcej niż na swoim koncie miał Steph Curry, co wydaje się oczywiście i tak sukcesem (zważywszy na fakt, jak Kura potrafi być gorący czasami).

Siedmiu graczy Warriors rzuciło powyżej 10 oczek każdy, Dubs trafili 18 trójek (Spurs tylko 8). Drużyna z Oakland grała bardzo przyjemną dla oka koszykówkę - dużo asyst, ball movement. Tylko czemu ja siedząc przed kompem o 4 nad ranem byłem na maksa przybity i wkurzony zarazem? Czemu miałem ochotę wyłączyć sprzęt i udać się spać, albo lepiej - wyjść na balkon i zacząć drzeć ryja o tym jaki ten świat jest niesprawiedliwy, o tym, że gdyby grał dziś Kawhi, to z pewnością nie było by tak hipstersko dla Warriors, oj nie, nie byłoby. Może Spurs wróciliby do Alamo City ze stanem 1:1, co wówczas byłoby spełnieniem moich marzeń. Niestety, los jest przewrotny i to jest tylko gra. Tak więc, brawo Warriors, jesteście jedną nogą w finale.

W Spurs świetnie zagrał J-Simms, który rzucił 22 punkty, z czego większość w pierwszej połowie. Czy nasi wysocy mieli pokazać jaja w tym meczu? Tak? To nie pokazali. Zarówno Pau, jak i LMA byli gang bangowani przez Warriors, przez D-Greena, rezerwowego Patricka McCaw, któy wspaniale pomagał w podwajaniu (z czym nie mógł poradzić sobie LaMarcus).

Spurs nie potrafili skutecznie egzekwować swojej gry w ataku, byli zmieszani, mieli źle poukładane w głowach, wyszli na mecz z wymówką - nie ma Leo, więc nie mamy szans. Taka jest bolesna prawda.

Tłumaczyłem mojej żonie tą sytuację z Zaza i konsekwencje dla Spurs. Porównywałem Leonarda nawet do Kobe Bryanta i Michaela Jordana, że jego brak to brak ataku. Mówiłem o tym, że bez Leo to obrona będzie dziurawa jak sito. Hmmm, tak było. 

W momencie, gdy Spurs przegrywali już 31 punktami, Pop zdecydował się przetestować młodych graczy. Tyle z tego meczu pamiętam, nie będę się o nim więcej rozwodził. Czuję niesmak, czuję się źle, świat jest zły (dobra, wcale tak nie jest). 

Wracamy do Alamo City, Panowie i Panie. Przegrywamy 0:2 z kapitalną drużyną. Kolejny mecz bodajże dopiero w niedzielę, więc istnieje szansa na to, że jakimś cudem Kawhi Leonard podleczy kostkę (która będzie i tak narażona na dalsze podkręcenia - jak mieliście kiedyś skręconą kostkę to wiecie, że wtedy ona potrafi nawet sama lecieć). Może przez te parę dni Spurs znajdą swoje jaja i mecze w Teksasie nie będą już tak wyglądać jak ten dzisiejszy.

Spurs nie przegrywali 0:2 w serii od 2008 r., kiedy to dostawaliśmy łomot od Hornets (z Chrisem Paulem w składzie, pamięta ktoś tę serię i aferę z przelotem?). 

Skróty z meczu:

Więcej o tym meczu później!